Zacznę od świata gier, ponieważ miniony rok był całkiem owocny w tej kwestii. Poznałam moją nową ulubioną serię Final Fantasy, a także minął rok odkąd małymi kroczkami wchodzę do świata RPG, rok, który został zwieńczony prowadzeniem przeze mnie sesji Brindlewood Bay (trochę naciągam, bo jeszcze zaczęliśmy Mutant Year Zero, ale tu wcielam się w postać psiarza).
*fanfary* Złotą Kawkę otrzymują Final Fantasy 9 i Final Fantasy 6! Tutaj raczej nie ma zaskoczenia, serii FF poświęciłam osobny post (będzie mi miło jeśli się z nim zapoznacie). Cykl FF mnie oczarował, ale jeden tytuł zawiódł. Jak to? A tak to, seria ma od groma tytułów i nie każdy przypadnie do gustu. Może przyczynił się do tego dodatkowy czynnik jak zbyt nakręcony hype na remake Final Fantasy Tactics.
*fanfary* Zimną Lurę otrzymuje właśnie Final Fantasy Tactics: The Ivalice Chronicles! Niestety, nie polubiłam się z tym tytułem tak jakbym chciała, tak jak opinie zaczytane w internecie by sugerowały. Jest to turowa gra taktyczna, w jakie już grałam wcześniej. Mnogość strategii, umiejętności i ich kombinacji, wiele klas postaci, fabuła zainspirowana Wojną Dwóch Róż, wpleciona intryga przyprószona magią, dodatkowo wiele easter eggów nawiązujących do innych Finalów. Wszystko czego wyjadacz erpegów, strategii i turówek by mógł zapragnąć. Jednak nie zaskoczyło w moim przypadku, pomimo częstych momentów "ale czad!" lub "plot thickens" muszę przyznać, że trochę się przemęczyłam przez ten tytuł. Zrobiłam tzw "blind walkthrough", chciałam sama odkrywać świat gry bez poradników, niestety bez nich się nie obyło w pewnym momencie. Społeczność jaka wytworzyła się wokół gry, napędzana nostalgią, wieloma przejściami, znająca wszelakie optymalne taktyki, chętna do pomocy, a jednak wbijająca szpilki za wyjście poza schemat zoptymalizowanych strategii, też trochę zraziła do gry. Czytałam o naprawdę szalonych kompozycjach drużyn, na jakie cuda gra pozwala na polu bitwy, ale ja po prostu chciałam przejść grę jak normik. Grę skończyłam, niestety zawiedziona. Może kiedyś zagram ponownie w Tacticsy i zmienię zdanie, zobaczymy co przyniesie czas.
*fanfary* Puszysta Kapuczina, tj specjalne wyróżnienie, leci do Promise Mascot Agency! No wsysło mnie przyznam. Szczególnie zbieranie śmieci, oczyszczanie przydrożnych świątyń, usuwanie znaków wyborczych jakiegoś starego dziadygi. Poprawienie ogólnego dobrobytu mieszkańców Kaso-Machi, pomoc kciukowi Pinky w wyborach na burmistrza, zarządzanie agencją wynajmującą maskotki na przeróżne wydarzenia. Poznawanie historii i sekretów rodziny Shimazu. Obietnica lepszego jutra. Czekajcie, czekajcie... kciuk na burmistrza? Owszem, jest to jedna z głównych postaci, która pomaga Woźnemu Michiemu (graczowi) w odkupieniu swojej fuszery względem Yakuzy. Pod niepozorną przykrywką zwykłych, nużących zadań, Promise Mascot Agency oferuje angażującą fabułę. Ta ociekająca dziwnością gra, jest bardzo pozytywna, ma jednak swoje mroczne momenty, a maskotki wszelakiej maści i kształtów, mają swoje historie i marzenia, które pomagamy im spełnić.
A co słychać w książkowym kąciku? Niewiele niestety, pomimo przeczytanych wielu pozycji, jakoś żadna specjalnie na plus się nie wybija i trochę przykro jest mi to pisać. Nadrobiłam kilka klasyków grozy i sci-fi. Chyba literatura azjatycka dalej jest na podium, ale już bez Złotej Kawki (umówmy się, że w zeszłym roku zrobiłam podsumowanie i we wcześniejszych latach też ok?), a tytuły warte wzmianki to zbiór opowiadań "Tik-Tak" od Xia Jia i kryminał "Demon z samotnej wyspy" Ranpo Edogawy. Myślę że "Tik-Tak" mogłabym porównać do serialu Black Mirror. Z pozoru czytamy o całkiem zwyczajnym życiu ludzi, by nagle uświadomić sobie, że jest ono wypełnione futurystyczną technologią. Jednak obrazy wykreowane przez autorkę nie są przesycone tylko negatywnymi aspektami przyszłości, często są one przytulne, ciepłe, pokazują pozytywny wpływ rozwoju technologii. Ranpo Edogawa zabiera czytelnika w kryminalną przygodówkę. Nic o fabule nie napiszę. Wspomnę natomiast o tym, że to Edogawa zachęcił mnie do przeczytania opowiadań Poego, z których to sam czerpie garściami inspiracje, widoczne między innymi w "Demonie z samotnej wyspy". Mam jednak Zimną Lurę do rozdania...
*fanfary* Zimną Lurę otrzymuje "Płomień" Magdaleny Salik. Z początku byłam zaciekawiona, bo i jak tu nie być, kiedy opis książki brzmi "W kosmosie, całkiem blisko jak na jego skalę, odkryto nadającą się do zamieszkania Drugą Ziemię." Trwają przygotowania do wyprawy badawczej, a prowadzi je charyzmatyczny astrofizyk. Ważny był również czynnik etyczny, za który odpowiadała psycholożka moralności. Między tymi dwojga nawiązuje się romans. Niestety, ale zagłusza on fajne aspekty historii typu wspomniane w opisie książki mapowanie mózgu i konflikt moralny z nim związany. O tym wątku pamięta chyba tylko czytelnik, bo mam wrażenie, że nie bohaterowie (tak, wiem, czepiam się). Dostajemy również dwie teoretycznie niepowiązane ze sobą historie, tylko teoretycznie bo finał spina wszystko (prócz romansu). Sam finał, przyznam, był satysfakcjonujący i na prawdę fajnie poprowadzony, szkoda tylko że trzeba było przebrnąć przez, moim zdaniem, nic nie wnoszący wątek romansowy.
Może literacko nie był to najlepszy rok, za to komiksowo wręcz przeciwnie, przeczytałam kilka świetnych komiksów, które potrafiły rozbawić, ale też i wzruszyć. Mangę też tutaj podczepię, a co. Kto mi zabroni?!
| str 308 w komiksie |
Chciałabym jeszcze wspomnieć tutaj o "Botanice" od kth. By pokazać pączkujące uczucie bohaterów, ich marzenia, przeciwności w postaci narzuconych oczekiwań jakim muszą sprostać by zakwitnąć, autorka komiksu nie używa wielu słów, jej rysunki robią to same. Motyw floralny również odgrywa tutaj rolę symbolicznego narratora. Całość okraszona jest fioletową paletą, która dodaje nuty tajemnicy. Kwestia oczekiwań najbardziej mnie tu poruszyła (bo kto się z nimi nie mierzy?) i to jak bohaterowie odrzucają siebie, by paradoksalnie pokazać się z jak najlepszej strony.
*fanfary* Puszysta Kapuczina dla mangi "Power Antoinette" od Shima (rysunki) i Akinosuke Nishiyama! No to już była jazda bez trzymanki. Antonina jako fanka rzeźby, niekoniecznej tej od Michała Anioła, po swoim "nieudanym" zgilotynowaniu, rusza na misję by odnowić monarchię we Francji. Wraz z Charlesem Henri Sansonem i Rose Bertin, wyposażona w miecz z ostrza gilotyny, rusza odbić swoje dzieci i pokonać wrogów monarchii (zgadza się, Robespierre'a). A wszystko to z pomocą swych niezawodnych mięśni. Piękna historia o matczynej miłości? Jest. Dynamiczne sceny walki? Są. Fajna kreska? Jest. Absurdalna fabuła? Jest. Losowe okrzyki typu "jestem mięśniem!"? Są. A to wszystko w zaledwie trzech tomach! Czego tu chcieć więcej? Jest to przedziwnie fantastyczny twór, który zostanie ze mną na długo. Je suis le muscle!
"Jestem Francją! Jestem mięśniem!" Od lewej Rose Bertin, Marie Antoinette, Charles Henri Sanson |
To na tyle. Dziękuję, że ze mną byliście do końca i do zobaczenia za rok! *mrug mrug*


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Podobał się post? A może masz odmienne zdanie? Śmiało, podziel się opinią poniżej!